strona główna

MANIA

o nas osobno

o nas wspólnie

waśne chwile

zobacz księgę

dopisz do księgę



zapraszamy na zakupy

termiczna.pl


znajome blogi

WOJTYSIE

MALICCY

BRZEZINSCY

KANIOWIE





Nasze życie wWIELKIM MICIE i jego reminiscencje

Powolutku nadchodzi czas zmian, także i tu. Dalsze nasze dzieje, czyli to, co jeszcze przed nami, można będzie przeczytać TUTAJ lub wchodząc po prostu w zakładkę Mania. Zapraszamy do czytania w nowej wersji :)

23 lutego 2008

Wichura za oknem przerwała błogi sen. O trzeciej nad ranem Mężulo dzielnie ściągał z balkonu wszystkie ruchomości, żeby nie szukać ich rano po całej Zgierskiej. Takie są minusy mieszkania w ostatnim bloku. I sąsiadom nie da się zaglądać w okna. Więc dziś chodzimy niedospani, a właściwie siedzimy, bo w taką pogodę to szkoda nos za drzwi wystawiać. A ponoć to w Kielcach zawsze wieje...

Panów od tapczanika wciąż nie było, nikt nawet nie dzwonił. Chyba chcą nas delikatnie z równowagi wyprowadzić. Ale nauczeni doświadczeniem Maćka Rodziców nie powinniśmy się niczego szybko spodziewać. Oni czekają od grudnia - widocznie taki urok firm meblarskich.

W wolnym czasie, zdopingowana przez Domę (o czym niniejszym zawiadamiam), wzięłam się za rękodzieło. Przeszłam się wczoraj na 1,5 godzinny spacer, czego efektem był zakup szydełka i włóczki, i ostro zabrałam się do roboty. Jeden bucik już niemal skończony. Wciągające zajęcie, nie powiem. Może po bucikach będzie ciąg dalszy?... Za to Mąż wrócił z targów - przywiózł dwie siaty katalogów, cenników, nowe pomysły i świeże newsy. Teraz nic innego nie pozostaje, jak tylko wszystko poprzeglądać i wybrać co najciekawsze propozycje. W końcu wiosa idzie :)

15 lutego 2008

Przygotowania niemalże zakończone. Łóżeczko stoi, z materacykiem na miarę. Tapczanik czeka na panów, którzy poprawią gwinty, żeby dało się przykręcić jego tylną część (zawsze jak kupujemy jakiś mebel to coś musi być nie tak?). Tylko lokatorka, mimo swoich nie najmniejszych rozmiarów, ponoć nigdzie się jeszcze nie wybiera. I mimo moich przeczuć, pani doktor mówi, że Mała jeszcze nigdzie się nie szykuje. No cóż, ma jeszcze kilka dni...

Ale dzięki nieuchronnie zbliżającej się chwili pojawienia się Mani po tej stronie brzucha, nawiedzają nas ostatnimi weekendami goście, również z odległych lubelskich stron. Była już Ania, Marek i Filip, Gutek z Asią i Natalką, była Justynka, Tomek, Mikołaj i Franek, dziś będę Rodzice Maćka, za tydzień moi. Zawsze myślałam, że wraz z urodzeniem się dzecka pojawiają się pielgrzymki gości, a tu znów jakoś odwrotnie. Bardzo nas to cieszy, bo przez te 2,5 roku jak tu mieszkamy, nie mieliśmy tak licznych wizyt w krótkim czasie, a to bardzo miłe, że ktoś chce nas odwiedzić. Zapraszamy ponownie, a tych, którzy dotychczas nie mieli okazji - równie serdecznie ugościmy.

1 lutego 2008

Nie wiedziałam, że będąc w domu można robić tyle pożytecznych rzeczy , a dzień za dniem mija równie szybko jak w biurze. Tylko w domu tak jakoś czyściej, w szafie więcej ubrań, stos prasowania mniejszy... Teraz już nie narzekam na nudę. A w marcu to czasu zacznie mi brakować, żeby ze wszytskim zdążyć. Na szczęście Mąż twierdzi, że dzielnie stanie u mego boku i razem zmierzymy się z nową rzeczywistością. Póki co przygotowania trwają. Lada chwila przjdzie paczka z półeczką na klawiaturę, więc metoda majsterkową stwożone zostanie dzieło po tytułem "półka na komputer". Wkrótce szykuje się dostawa tapczanika, który zajmie pokaźne miejsce w pokoju dziecięcym. A co potem - zobaczymy...

Szkoła rodzenia okazała się pomysłem całkiem ciekawym. Oprócz gimnastyki, fundowanej również panom, ku ich wielkiemu zaskoczeniu za pierwszym razem, mieliśmy już pogawędkę pani dietetyk o zdrowym żywieniu, pana taty, który był przy porodach dwójki swoich dzieci, posłuchaliśmy też o tym, jak przebiega ciąża. Ostatnio nawet pani zaczęła trochę mówić o porodzie, ale szybko zmieniła temat na "rodzenie po ludzku" i traktowanie "przyjazne dziecku". Po cichu tylko liczę, że przed urodzeniem zdążę też usłyszeć o paru kwetiach, które jeszcze przede mną, a nie tylko o tym, co już trwa...

15 stycznia 2008

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazuja, że to już tylko dwa miesiace. Córa wierci sie niemilosiernie, brzuch coraz bardziej przesłania widok stóp, a schylanie się stanowi nie lada wyczyn. Dlatego też od kilku dni zamiast zajmować się szeroko pojętą karierą zawodową, wybrałam karierę pani domu. Póki co na nudę nie narzekam, bo grunt to umieć sobie znaleźć zajęcie.

Niejaki Mikołaj kończy dziś 3 lata, w związku z czym, jak starający się rodzice od chrztu, postanowiliśmy złożyć życzenia osobiście. Młody podszedł do telefonu, powiedział "Dzień dobry" posłuchał powiedzianych do niego 3 zdań, z jego radosnego gardła wydobył się dźwiek przypominający wyraz "życzenia", po czym usłyszałam "Pa pa"... No cóż, może Mania będzie miała więcej cierpliwości do mnie... Tak czy inaczej, Mikołaju, jeszcze raz życzymy Ci, żeby marzenia się spełniały :)

1 stycznia 2008

Nowy Rok rozpoczęty. Jak będzie tak sympatyczny, jak jego początek - nie będzie na co narzekać. Przywitany w dobrym towarzystwie, więc zapowiada się obiecująco. I tym sposobem dobrnęliśmy do naszej piątej rocznicy. Znów nie pozostaje mi nic innego, jak tylko napisać, że czas leci nieubłaganie. A wszystko przez Ewę ;) Maciuś, baaaardzo dziekuję za cierpliwość, a resztę powiem Ci sama.

Przez ostatnich kilka dni, mimo światecznej atmosfery, udało nam się odwiedzić kilka urzędów miejskich, porównać standardy pracy w Kielcach, Lublinie i Łodzi. Spostrzeżenia? Największym wzięciem cieszył się fotograf i punkty przyjmowania wniosków o wymianę dowodów. Z dnia na dzień było coraz gorzej: w Kielcach bez kolejki się wymeldowałam; w Lublinie, w kilkuosobowej kolejce, wzięliśmy akt ślubu; w Łodzi - no cóż, było zdecydwanie gorzej. Tu chyba tradycją jest myślenie o meldunku przy świątecznych stołach, bo ku naszemu wielkiemu zdziwieniu, kolejka nie różniła sie zasadniczo od tej, do wymiany dowodu... Na szczęście brzuch urósł mi już na tyle, że bez problemu czasem staję w kolejce dla uprzywilejowanych. Sceny dantejskie działy sie właśnie w takiej kolejce, gdzie panie emerytki i rencistki omal nie pobiły pani, która przyjmowała ich wnioski o wymianę dowodów. Ale czas meldowania był dłuższy niż ich pobyt przy okienku i moja próba wymiany nowego dowodu na jeszcze nowszy zakończyła się sukcesem - przynajmniej tak mi się wydaje. Okaże sie w lutym, gdy pójdę go odebrać. Tak oto, po 4 dniach bezdomności, stałam się łodzianką.

20 grudnia 2007

Napisane kilka dni temu, ale zapomniałam wrzucić :( Coś nie mogę się ostatnio skupić...

15 grudnia 2007

Jeszcze trzy miesiące i będzie nas troje. Niby kawał czasu, a jednak mam wrażenie, że to już chwila. W końcu poprzednie sześć minęło tak szybko... Ale przynajmniej już łóżeczko upatrzone, tapczanik, przewijak... Tylko na wózek trudno się zdecydować. Dziękujęmy bardzo za ubrankowe prezenty - Natalce, Piotrusiowi, Filipowi, Frankowi i Mikołajowi. Będzie Mała miała w czym chodzić, właściwie jeździć i leżeć. Póki co Swięta za pasem. Czas odnaleźć dekoracje i ubrać choinkę, poczuć klimat, zacząć nucić kolędy... Klasycznie, w drodze spędzimy Boże Narodzenie. Wigilia w Kielcach, później Lublin i powrót do Łodzi.

31 października 2007

Za chwilę w trasę kielecko-lubelską ruszamy. Pięć dni rodzinno-podróżnych minie pewnie w zwykłym, czyli za szybkim tempie. Ale tak to niestety bywa. W niedzielę powrót do domowych pieleszy...

Wczoraj pół dnia spędziłam na szukaniu szkoły rodzenia. Wcześniej się nawet za to nie zabierałam, bo dopóki był krwiak, to o takich atrakcjach pani doktor kazała mi zapomnieć, ale teraz już można. No właśnie - tylko teraz to i tak mamy czekać do początku stycznia, co oznacza, że szkołę rodzenia albo odbędziemy w dość szybkim tempie (pani mi powiedziała, że dla mnie to oznacza tyle, że mam pierszeństwo w przyjęciu do grupy :), albo nie zdążymy się wszystkiego nauczyć, jeśli Mania postanowi wczesniej pojawić się na świecie. Ale cóż, mam nadzieję, że renoma prof. Fijałkowskiego i jego Centrum Służby Rodzinie będzie warta poświęcenia i rozpoczynania nauki w 30 tygodniu ciąży. Póki co zoastają jeszcze książki, prasa i internet. I oczywiście doświadczenie życiowe już obecnych mam. Ale przez najbliższe kilka dni towarzystwo czterech chłopaków w wieku od pół roku do 7 lat będzie najlepszą szkołą. Pozdrawiamy jesiennie.

18 października 2007

Pobyt w domu nieco się wydłużył, ale mieszkanie na tym niewątpliwie zyskało i od czasu do czasu blask mu przywracamy. Ja też zyskałam. Tyle odpoczynku dawno nie miałam. I chyba nigdy dotąd tak go nie doceniałam. Ale czas leci. Jak wczoraj się okazało, Mania, ma już ponad 18 tygodni. Rośnie dziarsko i zdrowo. Serduszko bije jej szybciutko, przebiera rączkami i nóżkami. Ale fotografować się nie lubi. I chyba dobrze jej tam gdzie jest... Powolutku robimy dla niej miejsce w pokoiku, dla jej rzeczy w szafach... I czekamy.

17 września 2007

Zaniedbania czas nadrabiać. A że czasu ostatnio trochę więcej, to nadeszła pora i na pisanie. Od tygodnia przymusowo w domu siedzę. W piąek okaże się, czy wystarczy czy też może o kolejne dni pobyt sanatoryjny zostanie przedłużony. Tak, tak, we wrześniu miały być wakacje. Ale nie takie - miało być morze, spacery i inne takie, a na razie jest tylko może... Może następnym razem, ale już raczej we troje :) Brzdąc rośnie grzecznie i zgodnie z planem. Niesamowicie ogląda się takie obrazki: rączka, stópka, kręgosłup, nosek... ach, wzruszający widok (na koniec dostaliśmy nawet cały film, więc seans został już powtórzony). Ale niestety okazało się, że oprócz malucha jest też towarzysz krwiak. Co prawda nie groźny, bo nie przy łożysku, tylko przy owodni, ale zawsze to krwiak. w porównaniu do brzdąca całkiem nie mały, więc Pani Doktor zaaplikowała mi kurację wstrzasową - dwa tygodnie leżenia, nowe usg i zobaczymy, co dalej. Więc karnie leżę, łykam tabletki i wierzę, że się wchłania. Już słyszalam od bardziej doświadczonych, że powinnam się delektować nudą, bo szybko znów jej nie zaznam, ale coż nie możemy się zaprzyjaźnić. Gazety za krótkie, w TVN24 na okragło to samo... Na szczęście Mąż staje na wysokości zadania i troszczy się o mnie dzielnie. Zastępuje mnie na niemal każdym możliwym froncie. Dzielny chłopak z Niego.

27 lipca 2007

Takie nudy, że nie było o czym pisać: chrzest Franka, weekend w Siole, newsy na temat fasolki... Ale po kolei: Franek, o czym dotąd nie było okazji wspomnieć (może za słabo jeszcze sie znaliśmy, bo co to takie dwa razy po kilka chwil, oba przespane zresztą przez Imć Franciszka), został powitany na łonie Kościoła, rodziny bliższej i dalszej, przyjaciół i innych takich. Ma już za sobą pierwsze wojaże, między innymi na radomską ziemię, do Sioła, gdzie co prawda Bugu nie ma, ale za o Radomka przepływa. Franek, złote dziecko, jak jego starszy brat jeszcze nie tak dawno temu, cichy i spokojny. Jedynie gdy rodzicow na godzinę z oczu stracił i nie miał kto nakarmić, wydał z siebie kilka przeraźliwych okrzyków. Za to Miki w tym czasie - cudnie zajął się sam sobą i Madagaskarem i jak przez inne chwile weekendu nieco absorbował sobą, spisał się jak na straszego przysatło. Nie wiem, czy z melomana wyrośnie muzyk, elektryk czy ksiądz, bo zadatki ma neimal na każdy zawód - człowiek renesansu jak sie patrzy, ale w końcu po takich chrzesnych :)

Po półtora godzinnym okresie oczekiwania w urzędzie udało nam sie także odebrac stały dowód dla naszego autka, co mam nadzieję, nakilka miesięcy skończy nasz kontakt z urzedami. Przyjemności brak, choć więzi międzyludzkie niesamowite w takiej kolejce się rodzą. a jak to druga kolejka z tymi samymi ludźmi to tym bardziej ;) Ale już za dwa tygodnei uruchomią dodatkowe okienka. Tylko wtedy to ja już potrzeby nie będę mieć...

And last but not least: 18 marca jak wszystko dobrze się ułoży, nasza rodzina powiększy się o nowego obywatela. Póki co, wedłu pani doktor, ma się on nieźle, nie narzeka - dzięki czemu ja też czuję się bardzo dobrze. Gdyby tylko21 była jakies dwie godziny później, to dzien nie trwałby 11 godzin, w tym ośmiu w pracy. Ale na pocieszenei wczoraj usłyszałam, że już za miesiąc powinna mi wróccić energia.

Bardzo dziękuję za pamięć i życzenia w dniu wczorajszym, a Mężulowi szczególnie za cierpliwość i piękny prezent.

9 czerwca 2007

Na wszystkich niemal znajomych stronach zrobiło się dziecięco. W końcu dzień dziecka był, powie ktoś. Z tej okazji dziećmi w tym roku obrodziło konkretnie. Franek, Staś, Julia, Ania... Już nie jestem w stanie zliczyć ile to w tym roku. Stały się tematem numer jedne, odsuwając na dalszy plan inne sprawy. I nawet tam, gdzie dotąd o dzieciach było sporadycznie, teraz przewijają się (także dosłownie) w każdym wątku komentarzy. To i ja się włączę. Franek, dzielny chłopak, naszą wizytę niemal całą przespał. Nie przeszkadzało mu nawet, ze śpimy w jednym pokoju. Co ciekawe, Mikołajowi też nie przeszkodziliśmy. Co prawda raz spadł z łózka tuż przy mojej głowie, a za drugim razem Maciek zdążył go złapać, ale nawet się nie przebudził. Całą noc spał z nogą na naszym materacu, a rano dzielnie wstał i pobiegł, po nas, do rodziców. Mieliśmy też okazję usłyszeć Brzechwę w ustach Młodego. Najlepiej (najlepiej nie znaczy że tylko) wychodziło TRRRRACH, które jest punktem kulminacyjnym "Rzepki", a zaczyna się gdzieś w połowie drugiej zwrotki. Należyt zwrócić uwage na godne pochwały zdolności interpretacyjne Rodzicieli.

Mieliśmy też gości w Łodzi. Filip przywitał mnie miną, która nie wskazywała na nic dobrego. Szybko okazało się, że szanowni Rodzice, wraz z Wujkiem-Idolem, nastraszyli biedne dziecko, że następnego dnia pójdzie ze mną do szkoły. Słowa co prawda okazały się częściowo prorocze, bo do szkoły rzeczywiście przybył, w ich towarzystwie, ale spora część popołudnia minęła na przekonywaniu, że do szkoły to od września i wcale źle tam nie będzie.

20 maja 2007

Miesiąc w skrócie:
- pożegnaliśmy Babcię Marysię, która odeszła dzień przed 95 urodzinami
- przywitaliśmy Franka, który choć jest łowcą bramek do domu trafić nie może
- Piotruś miał nogę w gipsie a Filip wciąż ma prawą rękę (przypadek?)
- Doma wczoraj przestała być Gałązką (STO LAT!)

A co dalej? Jutro świętujemy. Dużo się wydarzyło przez te dwa lata. A tempo nie zwalnia. Maciek dzielnie pracuje w domowych pieleszach, firma przybrała już tak realne kształty, że pierwsza faktura została wystawiona. Oby tak dalej. A ja znów marzę o urlopie. Pomarzyć nigdy nie zaszkodzi. Na szczęście już szkołę kończę, wieć przynajmniej weekendy znów będą wolne.

świętującym w tych dniach, czyli Ani, Brzezikom, Mamom - WSZYSTKIEGO CO NAJLEPSZE. A Siakom gratulujemy Stasia.

18 kwietnia 2007

Zauważam ostatnio rozprzestrzenianie się nowego wirusa - słomianowdowiego. Od dziś ja do szacownego grona na kilka dni wstępuję, bo Mąż ruszył z odsieczą na Lublin. I będzie podbijać UM, GUS, US i ZUS, czyli wszystkie szacowne instytucje, w których progi należy wstąpić, by móc szczycić się wiele mówiącym tytułem PRZEDSIĘBIORCA. A mnie zostało pilnować łódzkich włókniarek i pisanie pracy po-dyplomowej. A to dopiero jest sztuka - pisać o czymś, o czym pojęcie nikłe... Stąd efekt tej pracy nie zostanie szerzej upubliczniony.

Dziś radość ogromna zawitała bo Euro będzie w Polsce, Euro-piłka, nie Euro-moneta. Choc może razem wystartują? W każdym razie przez 15 minut też się cieszyłam, ale po kolejnych 6 godzinach słuchania audycji w radio już mi się odbijać zaczęło. Niestrawność przez 5 lat się szykuje?

5 kwietnia 2007

Naszym Przyjaciołom - niech Pan zmartwychwstanie, w nocy, po cichu... Wszystkiego dobrego na czas Swiąt i nie tylko.

Kwiecien przyniósł zmiany. Mamy nadzieję, że na lepsze. Musimy się co prawda nauczyć trochę żyć osobno, ale w końcu 2 lata byliśmy ze sobą niemal 24 godziny na dobę.

Teraz tylko odrobina samozaparcia, silnej woli i konsekwencji i wszytsko ułoży się tak, jak zawsze chcieliśmy.

I wiosna przyszła :)

21 marca 2007

Są rzeczy ważne i ważniejsze... Bardzo mocno to do mnie w ostatnim czasie dociera. Powinnam się cieszyć, bo jestem zdrowa, kochana, szczęśliwa. Tylko czemu tak rzadko to doceniam? Maciuś, dziękuję... Właśnie przeczytałam, że odszedł Pan Profesor Chudy. Kilkanaście dni wcześniej zmarł mój Ojciec Chrzestny, a w międzyczasie Ewcia obchodziła(by) swoje 28 urodziny. Adaś miał operację, Mateuszek też. A ja jestem zdrowa, kochana, szczęśliwa... Trcohę mi wstyd...Bo w końcu to jest ważne. Nie praca, nie pieniądze, nie "mieć". Wielki Post chyba właśnie po to jest - żeby docenić "być"...

8 lutego 2007

To taka moja mała tradycja - Maciek wyjeżdża - ja coś dopisuję. Jak co pół roku. Tym razem postanowiłam przy okazji wprowadzić kilka kosmetycznych zmian - do księgi gości można się już dopisac także ze strony głównej, która też uległa małym modyfikacją - ilez może trwać "niedawno". U nas już ponad półtora roku. A obok bloga linki do znajomych. Pewnie gdyby bardziej poszukać, to znalazłoby się ich więcej, ale na razie te znane mi od dawna (i jeden nowo odkryty).

Zima do Łodzi przyszła i poszła. Dziś na pół dnia wróciła (niestety to pierwsze, gdy trzeba było autobusem do pracy pojechać). A przez zapracowanie Męża nie miałam nawet jeszcze okazji wykorzystać moich nowiutkich łyżew. Trzymam go za słowo, że jak tylko wróci, to pojezdzimy.

Póki co moi wierni przyjaciele - kompik, tv i radio - dotrzymują mi towarzystwa. Przynajmniej nie ma walki o pilota i klawiaturę. To tylko u nas tak jest?

25 stycznia 2007

Postanowilismy wziąć się za siebie. Nie wiem, który to już raz, ale może tym razem bardziej skutecznie. Maciek uczy się wytrwale Photoshopa - już robi w nim takie cuda, o których ja nie mam pojęcia. A co będzie, jak dojdzie do końca "oficjalnego podręcznika"? Wtedy wreszcie zacznie wstawiać do bloga fotki - po wcześniejszym obrobieniu. Ja... uczę się rachunkowości. Czytam książki, czasem ustawy, rozwiązuję zadanka i... słucham, jak Mąż się śmieje. Pewnie się trochę naśmiewa, ale wolę wierzyć, że to uśmiech zadowolenia. No i odkryliśmy nowy sport. Łyżwiarstwo. Pierwszy raz w życiu miałam n anogach łyżwy dawno temu. Skutek był opłakany. Drugi - 3 tygodnie temu. Skutek - odrobinę lepszy. Już nie trzymam się bandy :) Lodowisko, choć nie duże, to przynajmniej mało uczęszczane wieczorami. A teraz, jak śnieg spadł, to może pozostali znajdą sobie inne atrakcje i cała tafla będzie dla nas? Rozmarzyłam się trochę. Ale przecież zima przyszła to marzyć też wolno.

2 stycznia 2007

I przyszedł. Nie tak całkiem niespodziewanie. Nie zaskoczył. 2007 rok. Jaki będzie - nie mam pojęcia. Na pewno nie nudny. Bo zaczął się przesympatycznie. Ale, ale... Najpierw były święta. Zdecydowanie bardziej mnie zaskoczyły swoim przyjściem. Bo ani śniegu, ani przygotowań szczególnych... Co prawda choinka została zakupiona i ubrana, a druga - malutka, wyciągnięta z szafy. Ale w hipermarketach choinki stoją od listopada, więc zdążyły się opatrzeć. Ale jak już wyjechaliśmy z Łodzi, to i nastrój świąteczny się pojawił. Chyba grzeczni byliśmy, bo Aniołek pierwszy raz już w sobotę w Swidniku nas odnalazł, drugi raz - w Wigilię w Lublinie, a trzeci - w Kielcach, w samo Boże Narodzenie. I jak sobie mój Mąż obiecał, tak zrobił - w towarzystwie Ani i Filipa, i jak się okazało, również rodziców, pierwszy raz poszłam na Pasterkę, o północy...

W ramach poświątecznego odpoczynku udaliśmy się w kieruku naszych południowych sąsiadów. Nasze zdziwienie byo dość duże, gdy okazało się, że nie tylko my wpadliśmy na pomysł wyjazdu w góry po świętach, ale dość liczne grono innych kierowców, którzy utknęli na zakopiance. Ale jeszcze większe zdziwko było, gdy okazało się, że pensjonatów, kwater i hoteli to owszem, sporo, ale Polakom na Słowacji nie przeszkadza brak śniegu lub jego niewielka ilość i... trudno o jakiś wolny pokój. Na szczęście udało się. Łomnica Tatrzańska. A właściwie Tatranska Lomnica. Urocza miejsowość w przepięknym miejscu. U podnóża Lomnikiego Stitu, w samym sercu Wysokich Tatr. Widok gór o poranku, oświetlonych słońcem. Oboecaliśmy sobie, że będzie to czas odpoczynku i relaksu. Dlatego przy pierwszej sposobności udaliśmy się w kierunku Popradu i Aqua City. Swietne miesjce, nawet jeśli ludzi sporo. Niesamowite wrażenia, gdy na zewnątrz jest -7 stopni, a woda w odkrytym basenie ma +38. Chcieliśmy konkurencję też zobaczyć, ale do Mikulasza przyjechało więcej ludzi niż szafek na ubrania, więc zrobiliśmy w tył zwrot. Za to szczyt Łomnicy w ostatnim dniu okazał się dla nas łaskawy: przy pełnym słońcu udało nam się na niego wjechać (udało się, bo dzień wcześniej za bardoz wiało i kolejka była nieczynna, a następnego dnia już w Polsce wiało 100 km/h, więc tam chyba znów nie dało się dotrzeć). Tuż obok Gerlach, niedaleko za nim Rysy. A w dole... Przepięknie...

Na Sylwestra, z rocznym opóźnieniem, trafiliśmy do Państwa Czarneckich. Z śyczeniami imieninowo-urodzinowymi Gospodarza połączono witanie Nowego Roku. Grono kameralne, ale jakże szacowne. Potańczyć chwilkę się udało, również najeść się do syta, a co najwazniejsze, spędzić trochę czasu w towarzystwie i na rozmowach z dawno (lub mniej dawno) nie widzianymi osobami. Za co bardzo dziękujemy i gorąco, już z Łodzi, pozdrawiamy.

18 grudnia 2006

Swięta za pasem. Już za tydzień. Ale wciąż jakoś tak daleko... Nawet w sklepach tak rzadko bywam, że jedyne, po czym poznaję że to już tuż tuż to "White Christmas" - pierwszy raz usłyszane jeszcze w listopadzie. Potem Nowy Rok. Na bianse niektórych wzięło, a ja zamiast tego znów pomyślałam, że czas płynie za szybko. Przecież ten rok dopiero się zaczął...>

Zeszły tydzień spędziliśmy w drodze. Wycieczka do Pilzna w naszym wydaniu to: 1) pobudka o 5 rano 2) przesiadka w Pszowie 3) dalsze 6 godzin jazdy - w sumie w drodze (z przerwą) spędziliśmy 11 godzin. Potem firmowa imprezka, zakończona czeskim disco. Następnego dnia udaliśmy się na zwiedzanie stolicy Pilznera. Dosłownie. Bo browar też nam się udało zobacyzć - od środka. Nowa hala w której w ciągu godziny powstaje 60 tys. butelek z piwem, a pracuje w niej 15 osób... Ale co by nie powiedzieć, starówka też niczego sobie. A widok z wieży katedralnej - przedni. I herbatka u Szwejka...

26 listopada 2006

Gdyby ktoż z Szanownych Czytelników wybierał się na studia finansowane z EFS, niech pamieta, że:

- o przyjęciu na studia i rozpoczęciu zajęć dowie się 2 dni wcześniej

- studia ruszą z minimum miesięcznym opóznieniem, choć znane są przypadki spóznienia o rok,

- otrzyma segregator na nie więcej niż 50 stron - dłuższe notatki w ciągu roku zajęć nie są wskazane - jeden długopis z logo EFS oraz notatik formatu zeszytowego (chyba do owych notatek, ale to tylko domysł); sprzęt ten wskazane jest nosić na każde zajęcia na wypadek kontroli,

- na każdych zajęciach będzie wpisywać się na listę (niebieskim lub zielonym długopisem), nawet, jeśli są to kojene zajęcia z tą samą osobą, za każdym razem składając podpis i wpisując z jakiej się jest firmy (toż można być co godzinę z innej...),

- co godzine usłyszy o "kontroli", która może w każdej chwili nastąpić i sprawdzić, czy nie ma "martwych dusz", czy uczestnicy znają program, dzieki kóremu dostali dofinansowanie oraz czy otrzymany sprzęt rzeczywiście im został rozdany, a nie przyjaciołom i rodzinie,

- nawet jeśli grupa liczyć będzie 15 osób, okaże się, że połowa wie prawie wszystko i chciałaby się nauczyć tego "prawie", by przestać go używać, a druga połowa nie wie nic i powstaje konflikt interesów,

- na drugich zajęciach dobrze byłoby podać temat pracy, którą będzie się bronić w czerwcu, bo przecież to żaden kłopot jakiś wybrać.

Tak, jestem po pierwszym zjezdzie na studiach podyplomowych. Już zapomniałam, jak to jest w szkole, ale migiem wszystko wróciło. Tylko palce odzwyczaiły się od długopisu. Tak na prawdę było całkiem ok. Nie wiem, ile się nauczę, ale chcę spróbować. W końcu coś z sobą trzeba zrobić, prawda?

21 listopada 2006

Z wielkim zdziwieniem doliczyłam się dziś, że mija właśnie półtora roku od dnia naszego ślubu. Kawał czasu, a wydaje się, że to dopiero co. Kilka dni, tygodni, miesięcy. Czy tylko mnie się wydaje, że czas przyśpieszył?

18 listopada 2006

W ramach urozmaicania sobie wieczorów poszliśmy do kina. "Statyści" - niby komedia i jest śmiesznie, ale pomyśleć też pozwala. I Bartosz Opania... Kto nie był - polecam. Zwłaszcza w małym kinie, zapomnianym przez wielbicieli multikin (oprócz nas seans po godz. 19 oglądały 4 osoby!)

9 listopada 2006

Od trzech dni mam 27 lat. I... nic. Najtrudniej było w 20 urodziny. Nastoletni świat się skończył, a perspektywa dorosłego nie była kolorowa. Pewnie podobnie będzie w 30. Mąż zabrał mnie do uroczej restauracji przy Pietrynie, gdzie podają rewelacyjny makaron z borowikami i herbatę w dużych dzbankach. Polędwiczka też są ponoć takie, że palce lizać. Tak spokojnie i miło upłynął ten wieczór...

Dziś natomiast nastąpił długo oczekiwany dzień w historii miasta Łodzi - Aleja Włókniarzy wróciła do swoich dwóch jezdni. Co prawda ograniczenia prędkości dalej są, ale jak tu je widzieć, gdy trzy pasy ruchu w jedną stronę stoją otworem dla wszystkich. Dwa tygodnie temu jej remontowaną część pokonywaliśmy z Wojtysiami jakieś 50 minut. Dziś ten sam kawałek przejechaliśmy w 10. Tym sposobem Łódz ma znów prawo do nazywania się miastem przyjaznym kierowcom. Kto chce przetestować, niech przyjeżdża.

Weekend znów zapowiada się ciekawie - tym razem Ania, Andrzej i Piotruś mają do nas zawitać. W ten sposób cała najbliższa rodzina będzie mogła opowiadać sobie, jak wygląda nasze mieszkanie, co w nim jest fajnego, a co sami by zmienili. Może za 10 lat poddamy się ich sugestiom ;)

5 listopada 2006

Ania i Filip wyruszyli w drogę powrotna do Lublina. Po weekendzie pełnym wrażeń, krzyków i ciagłego zadawania pytań, chałupka znów jest cicha i spokojna. Już teraz brakuje mi tekstu który słyszałem w ciagu ostatnich 48 godzin jakieś 50 razy: "wujek a kiedy pojezdzimy twoim samochodem?" Pojezdzilismy. Pewne jest że za jakies 15 lat rodzinka powiększy się o kolejnego mistrza kierownicy :-) Niestety moja żonka przeleżała 2 dni w łóżku w towarzystwie chusteczek i proszków. Oboje mamy nadzieję, że się polepszyło...
ułan

3 listopada 2006

Swięto Zmarłych spędzilismy na Kieleckich cmentarzach. Co prawda pogoda nie była wymarzona, ale dziękowalismy Bogu, że aura nie spłatała nam figla takiego, jak w poranek 2 listopada. Otórz obudzilismy się w nowej, zasnieżonej rzeczywistosci. Droga do Lublina była sliska i dłuuuuga. W piatek odwiedzilismy bliskich Zmarłych na Lipowej i zabierajac Anię i Filipa, wrócilismy póznym wieczorem do Łodzi.
ułan

28-31 pazdziernika 2006

Kolejna tura odwiedzin za nami. Mięliśmy przyjemność goscić Wojtysiów ze świdnika. Oczywiscie zamiast o 10 wyjechali o 13 i byli na miejscu po 18. Na uriodziny Ewci do Zduńskiej Woli nie spóźniismy się dużo - jakies 1,5 godziny :). Ogólnie są miłymi ludzmi. Wychodzę z założenia, że przecież mogłem trafić na gorszych szwagrowskich. Tylko dzieciaka szkoda...
ułan

14 - 15 pazdziernika 2006

W dnaich 14-15 pazdziernika 2006 odbyła się oficjalna wizytacja na Sitowiu. Delegacje z Kielc i Lublina w składzie: Babcia, Mamusia, Mamusia, Tatus oraz Tatus odwiedziły i uroczyscie zaakceptowały mieszkanie swych dzieci. Nie obyło się bez wymiany miłych pamiatek z tak przesympatycznego spotkania. Kwiatki, sztućce, przescieradła, obrusy oraz tradycyjne swietokrzyskie grzybki to tylko niektóre z upominków, które otrzymali gospodarze domu. W sobotę po skromnym poczęstunku delegacja w siedmioosobowym składzie udała się na spacer ulica Piotrkowska. Ten najdłuższy w Europie trakt handlowy przyciagnał uwagę gosci nie tylko swa wspaniała architektura, ale także kolektura totolotka usytuowana w niedalekiej okolicy ulicy Piłsudskiego. Atrakcyjnosc tego punktu wycieczki podwyższała kumulacja zwiększajaca wygrana do 6 000 000 PLN. Dużo radosci sprawiła także kilkunasto minutowa przejażdżka retro-tramwajem z lat 30-tych ubiegłego stulecia. Po obiadokolacji delegacja z Kielc opusciała Łódz udajac się w drogę powrotna. Goscie z Lublina po noclegu na Sitowiu i niedzielnych obrzędach w pobliskim kosciele ok. godz. 14.40 wyruszyli publicznym [przepraszam za wyrażenie] srodkiem transportu do Lublina. Wizyta była krótka, ale miejmy nadzieję, owocna. Należy wierzyć, że dialog i przyjacielski klimat rozmów przyczyniły się do jeszcze większego zaciesnienia kontaktów i współpracy między regionami: lubelskim, łódzkim i swiętokrzyskim.
P.S. Tym razem media przeprowadzajac relację, w obawie o naruszenie etyki dziennikarskiej, nie cytowały członków delegacji. Przypomnijmy, podczas wrzesniowej wizyty roboczej jeden z kieleckich delgatów po przejsciu progu mieszkania miał się wyrazić: "Spodziewałem się, że będzie gorzej". Słowa te rozpętały aferę nie mniejsza od rywingate i reniagate [czyt. jak się pisze]. Jedna z gazet napisała wtedy o nowym układzie działajacym w swiętokrzyskiem nazywjac go zaczatkiem wujekgate [czyt. jak poprzednio].
z włókniarskim pozdrowieniem
ułan

11 pazdziernika 2006

Jeśli komuś się wydaje, że kupowanie mebli to prosta rzecz, to muszę wyprowadzIć go z błedu. Jakieś 10 tygodni temu (tak, tak, to był środek lata) zamówiliśmy kanapę, stół i krzesła. Od tego czasu czekamy. Kanapa już od kilku tygodni nam służy. A co z resztą? Oczekując na telefon od kogoś ze sklepu - podkreślę, że to jeden z większych łódzkich sklepów meblowych, mający 3 filie i niezłą renomę wśród znanych nam Łodzian i Zgierzan - doczekaliśmy sie telefonu od... pana z fabryki produkującej nasze krzesła. Pan nieśmiało przekazał Mężulowi, że "materiał na krzesłach trochę się marszczy" i nie potrafią sobie z tym poradzić, w związku z czym przyślą je takie jakie są, żebysmy obejrzeli i zdecydowali i upomnieli się ewentualnie o rabat. Uraczył go równiez informacją, że w zasadzie to nie wie, czemu robią obicia z materiału przez nas wybranego, gdyż zazwyczaj nie decydują się na nei standardowe obicia. Mała konsternacja wśród Ułanów zapadła, bo w skelpie zapewniono nas, że fabryka nie widzi problemu w zrobienu krzeseł w tym samym obiciu, które mamy na kanapie, a tu taki zong. Tak więc zadzwoniliśmy do rzeczonego sklepu, a tam pani uraczyła nas opowieścią, że stół już jest (!!! - szkoda, że sami nie zadzownili o tym powiedzieć), a krzeseł zdjęcia właśnie dostali i nam je prześlą, a one same pojawią się w Łodzi we wtorek lub w środę, to ściągną je z magazynu, żebyśmy mogli na nie okiem rzucić. W takim oto nastroju pojechaliśmy do Lublina, zastanawiając się, co zrobić i omawiając owy zakup ze wszystkimi, których odwiedzaliśmy. Dziś, wczesnym rankiem Mężulo odsłuchał pocztę głosową. Miła pani zadzwoniła, że krzesła przyszły i po południu będą do obejrzenia w sklepie. Tak więc, jak tylko 17.00 wybiła (no, może 20 minut później) wskoczyliśmy do autka i na złamanie karku popędizliśmy na ul. Piłsudskiego (przy remoncie al. Włókniarzy jest to wyczyn godny odznaczenia za cierpliwość i odszkodawnia za krzywdy moralne. Nie wiedzieliśmy, że krzywdy moralne dopiero przed nami, bo niestety, krzeseł w owym sklepie nie uraczyliśmy. Za to usłyszeliśmy, że owszem, są w Łodzi, gotowe do przewiezienia, bo nawet spakowane w samochodzie, ale - i tu uwaga - od rana panowie kierowcy byli na naradzie z prezesem i nei dojechali 3 ulice dalej do naszego sklepu. Nie zacytuję Męża, bo może jakies nieletnie istoty to czytają (dodam tylko, że płacąc za kanapę jakiś czas temu Mąż usłyszał, że karta to nie gotówka, więc rabat za gotówkę się nie należy, bo przecież sklep płaci prowizję za płatność kartą). Kto męża trochę poznał wie, że już to wystarczyło mu, żeby się zagotować, a akcja z krzesłami skończy się chyba tym, że następne meble (nie prędko na szczęście) zakupimy w innym mieście.

Kończąc tę nieco smutną historię podsumuję: wybór mebli to spory problem, ale ich odbiór - to dopiero wyzwanie! Jutro zobaczymy, jak owa historia się zakończy. Oby dobrze, bo w weekend podejmujemy Rodziców i Babcię.

5 pazdziernika 2006

Nasze mieszkanko powolutku się zagęszcza. Dziś wzbogaciliśmy się o wyposażenie sypialni. Mamy zatem łóżko pod wcześniej zakupiony materac, komodę i szafke nocną. Tylko gdzie zniknęły miseczki i blaszka do ciasta? Jeszcze trochę czasu minie, zanim wszystkie zguby się poznajdują (liczę, że w piwnicy, bo jak nie...). Jeszcze dywanik i pierwszy pokój uznam za wykończony.

Jutro wyruszamy do Lublina. Dawno tamtejsze progi nas nie gościły. Gdyby tylko było o 100 km bliżej... Tak więc weekend upłynie sielsko wśród rodziny, a od następnego to my gości podejmujemy. Kto pierwszy?

29 września 2006

Mamy neta w domu!!! To znaczy, że już możemy nasze mieszkanko uznać za gotowe. Co prawda brakuje jeszcze kilku mebelków - wciąż czekamy na stół i krzesła; materac ciagle na podłodze; ale już jest domowo i ładnie. Chyba, że otworzy się drzwi do małego pokoju, w którym trochę pudełek jeszcze stoi. Ale to, co mogliśmy - pochowane, porozkładane. Jak krzesła przyjadą to gości można będzie przyjmować. Grunt, że jest na czym spać, jeść i skąd stukać. A wszystkich PANÓW w przede dniu ich święta serdecznie holly Łódzko pozdrawiam (ach, co to były za czasy, gdy Dzień Chłopaka się świętowało...)

8 września 2006

Jutro sądny dzień. Samochód załatwiony, teraz tylko trzeba wszystko przygotować. Remont skończony. Zostały same detale - domalować sufit, jedno okno... Mebelki w pokoju już stoją. Sypialnia nieco prowizoryczna, ale przynajmiej już wiemy, jak będzie wyglądać. Trochę pracy w nie włożyliśmy, nie powiem. Bez pomocy się nie obyło - jeszcze raz dziękujemy Tacie za wsparcie fizyczne i wszystkim za to psychiczne. Z każdym dniem jest ładniej i... Sami zobaczycie :)

4 sierpnia 2006

Już niedługo przeprowadzka. I co tu dużo pisać: "Hurrrrra". Miesiąc zastanawialiśmy się, jak Dziadkowi naszemu o tym powiedzieć, a tu pewnego dnia on sam zadzwonił i powiedział, że jego wnuczka dostała się na studia w Łodzi i musi z nami rozwiązać umowę. A że ma on słabe serce to... Oczywiście ani słowem nie wspomnieliśmy, że nam to pasuje, niech myśli, że problem mamy, to jeszcze coś utargujemy ;) Mebelki częściowo zamówione, reszta czeka na wycenę. A ja kupuje kartony i w przyszłym tygodniu zaczniemy zwijać nasze graty. Uzbierało się tego sporo.>

21 lipca 2006

Oj, oj, poganiają wszyscy. A tu tyle się dzieje, że... Mieszkanie już nasze. Kredyt wypłacony. Oczywiście nie mogło obyć się bez problemów - najpierw pani notariusz nie chciała za nas kwita do sšdu złożyć, bo ona chce hipoteki dwie, a bank tylko jednš. Potem pani ze spółdzielni osłabiła nas stwierdzeniem, że kwit do księgi wieczystej nam wyda, ale najpierw mamy zostać członkami spółdzielni (za miesiąc), bo jak nie, to ona papierka nie da, i nie ważne, że prawa do tego nie ma. A potem okazało się, że w banku jakiś... ktoś dwa razy nam oprocentowanie podwyższył. Ale na szczęście wszystko powolutku się układa. Maciek już na Radogoszczu spółdzielcem jest, kwit dostaliżmy, oprocentowanie wróciło do normy, teraz już z górki powinno być. Tylko gdyby meble same sie wybrały i przyjechały szybciej, niż w sklepie mówią... Reszta po weekendzie, bo Małżonek wygania :)

26 czerwca 2006

Jak już Bociany i inne ptaki/gady/płazy/ssaki doniosły, kupujemy mieszkanko. Skromne 53 metry, trzy pokoje. W odpowiedzi na pytanie "Jakie?" chyba najlepsza, ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu, jest odpowiedź "Takie, jak Sylwków", bo rozkład jest niemal identyczny, tylko sypialnia zamieniona z wejsciem do mieszkania. Ale od września, jak już się przeprowadzimy, mamy nadzieję, zaprosimy już do obejrzenia na żywo naszego własnego (bankowego). Postanowiliśmy się uspołecznić trochę - Justynę, Tomka i Mikołaja gościliśmy w zeszły weekend w nie-naszych łódzkich progach. Radości było co nie miara, bo jak się nie cieszyc z tak znamienitych gości. W sobotę za to na Warszawę uderzyliśmy. Brzeziki się nami troskliwie zajęły, (Daga pyszniutką zupę ugotowała), a po powrocie Pana Domu do Ikei na spacerek i na sztuczne ognie udało nam się trafić. W sumie dwa dni pod hasłem "Tak się bawi, tak się bawi STOLICA" upłynęły, bo jak tu inaczej tłumy Warszawiaków nad Wisłą i w Powsinie określić? W międzyczasie przyłączyli się do nas Basia z Sylwkiem, który rekordy w prędkości wymiany koła pobijał. I w liczniejszym gronie przemierzyliśmy całe miasto, śeby do Walczuków w Wesołej zakończyć udanie weekendowy wyjazd. O podróśy poślubnej nie chcieli za duśo opowiadać (co zostało im na razie odpuszczone), w międzyczasie takśe dotarł Szym, więc juś wogóle smutno było wracać. Ale mośe niedługo znów się spotkamy - zaproszenie wcišś aktualne. Dziękujemy wszystkim za gościnę i... do zobaczenia :)

21 maja 2006

No i roczek minął. Aś trudno w to uwierzyć. Dla jednych rocznia, dla innych męczennica, a dla nas... BARDZO BARDZO WAśNY DZIEŃ. Tyle się zmieniło, tyle wydarzyło. W kaśdym razie weekend był uroczy - co prawda goście nie dopisali, wychodząc z załośenia, śe chcemy pobyć sami (tak, jakbyśmy nie byli ciągle sami i razem). Anatewka niezłą restauracją się okazała, a lotnisko nocą teś robi wraśenie. Wyleniuchowaliśmy się za wszystkie czasy. A teraz czas się wziąć za siebie, bo koniec taryfy ulgowej. Obejrzeliśmy trzy mieszkania, kolejne przed nami, więc mośe coś uda się wybrać. No i jeszcze Manufaktura się otworzyła :))) Ale to trzeba obejrzeć samemu.

16 kwietnia 2006

Alleluja, Chrystus z martwych powstał! Alleluja!!! Jak miło wrócić do miejsc, gdzie jest się jak u siebie, wśród swoich. Poszliśmy na Wigilię Paschalną do Kościółka Akademickiego. Nigdy wcześniej nie byłam tam w Wielką Sobotę i... gdyby nie dwie kawy wcześniej pewnie byłoby ze mną kiepsko. Ale jak usłyszałam "śpiewajcie Panu, bo wielka Jego moc" to święta stały się takśe mym udziałem. Duśo się działo od ostatniego wpisu. Zawsze duśo się dzieje, mam wraśenie, śe z kazdym tygodniem tych wraśeń przybywa. Znów zwiedziliśmy kawałek Polski - Warszawa jest duśo przyjaźniejsza, gdy są tam przyjazne twarze. A Wrocław... Ummmmm, gorąco polecam na weekendowy wypad - jest się czym upajać. Teraz szykujemy się na podbijanie Łodzi :) Przeszukaliśmy kilka księgarni i znaleźliśmy po niej tylko jeden skromny (niestety nie cenowo) przewodnik, więc chyba nowym zadaniem dla nas będzie stworzenie własnego. Najwyśszy czas oswoić zwierza i poznać miasto, w którym mieszkamy. Jedna próba i... trafiony. O Łagiewnikach łódzkich słyszeliśmy od kiedy przyjechaliśmy, ale dopiero w zeszłą niedzielę tam dotarliśmy. Mośe warto było poczekać. Cisza w mieście - las, jakby z innej bajki niś reszta Łodzi. Za nim kościół, stary i bardzo przyjaznt. A obok kawiarenka - z przemiłą panią, u której kaśdy gość czuje się jak u siebie. I jakie dobre ciacho podaje ;) Relacja świąteczna będzie następnym razem...

6 marca 2006

Znów się duśo wydarzyło. Znów mówili na mieście śe mamy nieuzupełnianego bloga. Wszystko przez kontraktację w Ustroniu, Targi w Krakowie, kolejną imprezę w Ustroniu, targi w Kielcach - lutowe weekendy spędzaliśmy słuśbowo. Ale wczoraj wróciliśmy do naszego łodzkiego domu pełni energi po 2 dniach spędzonych w Lublinie. Było miło i jak zawsze wesoło dzięki naszym dzieciakom. Filipek oczywiście się popisywał, gadał swoje bzdurki i wariował jak na pięciolatka przystało. Piotruś jak zawsze grzeczny i spokojny, rozbraja swoim uśmiechem i coraz nowymi słówkami. Mikołajek coraz pewniej stawia kroczki, ale dla bezpieczeństwa asekuracja kogoś ze starszyzny jest wskazana. Sobotnie popołudnie u Wojtysiów, wieczór u Ani i niedzielny obiadek u Rodziców znów spowodowały, śe moment wyjazdu był smutny, ze szklaną łezką w oku. Cóś, przecieś to tylko 300 km., tak niedaleko... Stoimy teraz przed trudnym wyborem: kupowac czy nie kupowac? Chodzi oczywiście o marzeenie wielu młodych rodzin a mianowicie o mieszkanie. Andrzeje juś wiedzą gdzie będą chcieli mieszkac. Co prawda w planach i wirtualnie, ale juś mogą ustawiac meble, wyposaśac łazienkę, meblowac pokój Piotrusiowi, a mośe jeszcze komuś... :-) Nasze miejsce na 99% ustalone - Łódź Radogoszcz lub Teofilów. Na tych dzielnicach chcielibyśmy mieszkac. Mamy nadzieję, śe latem zaprosimy wszystkich na zwiedzanie naszych apartementów :-) A tymczasem pozdrawiamy z Biedronkowej

16 lutego 2006

Znów jestem samotną śoną z męśem na wygnaniu. Tym razem Maciek w Krakowie, na targach. Właśnie z cała ekipą kończą ustawiać stoisko. Ja przyjadę juś na gotowe - nie ma tego złego...

Jako nieodrodny Wojtyś, mam nowego okulary. Tata ma nowe, Justynka teś (tak mówią w świecie), a mnie pan okulista spytał, czy nie myślałam o soczewkach. Dotąd miałam okulary tylko do uśywania czasem, więc nie było o czym myśleć. Teraz juś będą stałym elementem. Starość nie radość. Sypie się człowiek, a tu jeszcze 30 nie ma. Przecieś jem sól, a ona konserwuje...

Zbieramy pomysły na urlop w marcu - najlepszy zostanie nagrodzony :)

 

3 lutego 2006

Od środy jestem sama. Maciuś haruje w Ustroniu razem z resztą firmowej brygady, a ja zostałam na posterunku. I wcale mi z tym źle nie jest. Tylko te wieczory... Ale nie czas i miejsce na narzekanie (choć jedno wstawię - jak facet coś obieca to... długo mośna czekać na spełnienie ;)

Sprawdzam sobie rano słuśbowa pocztę, a tu jedyny mail jaki mam na skrzynce (w końcu wszyscy koledzy z pracy są w pracy) jest od Szymcia. Z kaśdym przeczytanym wyrazem ograniało mnie coraz większe zdumienie i zadziwienie. Polska to jednak nie jest wielki kraj. Po tym jak Siak był na Roztoczu ze Świerczami nie powinno mnie zdziwić, śe ktoś z moich znajomych poznaje innego mojego znajomego. Nie powinno, a jednak. Przemek, bo o nim mowa usłyszał audycję o Ewci. Wpisał się na stronie, co nie uszło uwadze Tomka i poszło (z akcentem na "po"). Lata całe nie widziany kolega... Mośe znów będę mieć w Kielcach jakiś znajomych ;)

 

9 stycznia 2006

Chciałabym, śeby czas biegł wolniej. Chciałabym chodzić do pracy na osiem godzin i mieć duśo wolnego czasu. Chciałabym mieć znów pasję... Nie duśo, ale chyba na tą chwilę nieosiągalne.

Przeczytałam w piątkowej Wyborczej fragmenty z postów 30latków podsumowujących swoje śycie. Pierwsza myśl - NIE, NIE, NIE!!! 30 jeszcze nie mam, ale jak ją osiągne, to nie chciałabym w takim tonie pisać. Nie potrafię myśleć kategoriami: tysiące PLN, mieszkania, samochody i... nic więcej. To chyba najgorsze, co mośe człowieka spotkać. Mając 30stkę chcę móc mówić, śe mam rewelacyjnego Męśa (którego kocham wciąś bardziej niś wcześniej, a On mnie), wesołego Brzdąca(-e), dla którego jestem połową świata (drugą jest Tata), śe mam pracę, w której się realizuję i spełniam. W takiej kolejności.  

Smęty dziś, ale jakoś mnie zebrało. A wszystko przez to, śe mój Maciuś znów coś namieszał i musiałam poprawić wygląd tego miejsca.

1 stycznia 2006

DO SIEGO ROKU!!! 
śyczą ania & maciek

31 grudnia 2005

"Jaki był ten rok? Co waśnego wydarzyło się w Polsce i na świecie?" - obowiązkową tego dnia formułkę wyklepią dziś "spikerzy" wszystkich szanujących i nie szanujących się dzienników telewizyjnych i radiowych. "Nadszedł czas podsumowań i analiz" - powiedzą.  
ania
- trudny był ten rok... Kilka pięknych chwil, tyle samo tragicznych, dotąd niezrozumiałych... "ktoś musi płakać, śeby śmiać się mógł ktoś" - często w ciągu tych 12 miesięcy przychodziło mi na myśl to zdanie. Piękny, bo Maciuś powiedział "Tak" i jest moim Męśem. Bo urodził się Mikuś i udowadnia mi za kaśdym razem, jak Go widzę, śe warto :) Bo mamy oboje dobrą pracę, która daje nam sporo doświadczeń, nauki i radości. Ale w tym samym czasie zginęła Ewcia, zginął Mariusz... Problemy, tragedie dotykają takśe ludzi bliskich - choć długo wydawało mi się, śe tak nie jest. Nie wiem po co, dlaczego. Ale nie o to chodzi. Chciałabym po prostu PAMIĘTAĆ... Cięśko, bo przenieśliśmy się z Lublina, gdzie kaśdy kąt (no, mośe te, w których bywałam) tchnął bliskością, do Łodzi. Jesteśmy tu pół roku, a nie znaleźliśmy swojego miejsca. Oswajamy się, ale bardzo powoli. Brakuje Ludzi... Dobrze, śe juś się kończy. Niech przez kolejne 365 dni będzie po prostu spokojnie. Tego śyczę...

maciek - od kilku miesięcy czekałem na zakończenie tego roku. Nigdy nie doświadczyłem takiej kumulacji złych informacji, prześyć i uczuć jak przez ostatnie 12 miesięcy. Niech to nie będzie odebrane, jako moje narzekanie lub przesadny pesymizm. Było źle, momentami bardzo źle. Trudne decyzje, smutne wydarzenia, dziwne sytuacje, (...) - to słowa z którymi kojarzy mi się odchodzący 2005r. Kiepski był ten rok poza jednym wydarzeniem, które zapamiętam na zawsze. Nasz ślub to najbardziej wzruszający i najmilszy moment w 2005. Oby takich radosnych i pięknych dni w przyszłych latach było więcej. 
ułan

30 grudnia 2005

"Lenistwo, kompletne lenistwo" - projekt pod takim tytułem realizowaliśmy przez 3 ostatnie dni 2005 roku. Spaliśmy, oglądaliśmy głupie programy w TV, jedliśmy niezdrowo, czytaliśmy zalegającą prasę i magazyny. Jedynie zakup i powieszenie firanek oraz piątkowy wypad do sauny i na basen mośna uznać za efektywne. Szkoda tylko, śe takich projektów nie finansuje UE :-( 
ułan

27 grudnia 2005

Nasze pierwsze małśeńskie Święta Bośego Narodzenia minęły w iście rodzinnej i spokojnej atmosferze. Rzut monetą wskazał, śe Wigilię i świąteczne śniadanie spędzaliśmy w Kielcach z Wojtysiami i Karońskimi. Wieczorna uczta przygotowana przez Babcię była wspaniała - smaśony karp, pierośki, barszczyk z uszkami, zupa grzybowa... mniam mniam. W kieleckich stronach Wigilia połączona jest z imieninami Cioci Ewy i urodzinami Ani Karońskiej. Był tort, świeczki i serdeczne śyczenia.
> Rano zasiedliśmy w Ani rodzinnym domu z rodzicami i Tomkami do światecznego śniadania. Tuz po godz. 12, wstaliśmy ocięśali i syci od stołu, aby wyruszyć w drogę do Lublina. A tam czekał juś na nas... obiad i dalsze obśarstwo. Spaliśmy jak zawsze u Ani. Po północy nastrój poprawił jej przyjazd długo wyczekiwanego Marka. I od tego momentu moja siostrzyczka stała się inną kobietą. Namacalnym tego dowodem był Jej poranny śpiew w łazience o 8 rano!!! Coś niesamowitego w Nią wstąpiło. Oby ta radość trwała w Niej jak najdłuśej. W drugi dzień Świąt spotkaliśmy się takśe na plotach z Andrzejami, a 27 wieczorem byliśmy juś w naszym łódzkim gniazdku.
> Pierwsze wspólne Święta były piękne i ciepłe. Były tez inne, bo pierwszy raz od 26 lat spędzaliśmy je w innych domach, z innymi ludźmi. 
Ze świątecznym pozdrowieniem 
ułan

1 grudnia 2005

To zadziwiające, ale mośliwe. Ten, który apelował niedawno do polityków o kulturę i sprawiedliwość w rządzeniu, który chce być negocjatorem w konfliktach nie tylko wewnątrzpaństwowych ale takśe zagranicznych - wywija w środeczkę kolejny numer ze swoim kolesiem Sobotką. Zauwaśyć mośna śe Aleksander K. ma ciągle w pamięci dawne czasy kolesiostwa. Wizerunek dobrego i szanowanego człowieka coraz bardziej się rozmywa. I nawet ci, którzy na niego głosowali twierdzą, śe to tylko wizerunek. Chciałbym usłyszeć komentarz na ten temat Lecha W. Niech się wypowie przyjaciel o swoim przyjacielu. Nie mogę doczekać się 23 grudnia. Jak nigdy nie mogę doczekać się tej daty. Mam wielką nadzieję, śe rządzący rozliczą K. z jego decyzji. A mośe Sobotka (ps Piąteczek) zacznie sypać i sprawy same wyjdą na światło dzienne!!! Wiadomo, śe palestra adwokacka na parę lat straci jednego kolesia - Rysiek K. (ps Grucha) nie będzie mógł wykonywać zawodu, bo skazany jest prawomocnym wyrokiem. Wielce pocieszające jest, śe to juś ostatnie wybryki "ekipy".
P.S.1 Nie spałem dziś w nocy, róbmy coś dla Polski!!! 
P.S.2 Do mojego wysoko postawionego kolegi Tomka B. - wiesz, śe w Polakach jest wielka nadzieja na zmiany???
Z włókniarskim pozdrowieniem
ułan

23 listopada 2005

ZAPRASZAMY WSZYSTKICH DO NASZEJ NOWEJ ŁAZIENKI!!! Od soboty jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami świeśo odnowionej łazienki. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak bardzo mośe zmienić się pomieszczenie po pomalowaniu go na śywy kolor. Nie boję się zaryzykować stwierdzenie, śe od soboty łazienka jest miejscem w którym chcielibyśmy przebywać non stop. Aneczka zrobiła mi jeszcze jedną, inną niespodziankę. Wczoraj pomalowała jeszcze kibelek... :) Moje Kochanie jest na prawdę Kochane. Widać kto jest męśczyzną w naszym związku!!! Trzeba przy tej okazji podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do tego, śe mamy „nową” łazienkę. Dziękuję przede wszystkim mojej siostrze Ani, za to, śe udostępniła nam nieodpłatnie wykładzinę do łazienki. Piękny gest. Wielkie słowa uznania kieruję do firmy castorama, śe umośliwiła nam zakup farb oraz wałków. Słowa szacunku naleśą się wszystkim, którzy nas w sobotę wspierali – nie będę wymieniał, bo nie chciałbym nikogo urazić. Dziękuję równieś naszym rodzicom za to, śe jesteśmy. Bo przecieś bez nich nie było by nas, i nie było by remontu łazienki. Niech mi będzie wolno zakończyć staropolskim „gdyby kuska nie skakała to by rośka nie złamała”
Z włókniarskim pozdrowieniem
ułan

16 listopada 2005

Jak ten czas szybko leci. Tyle się dzieje, a ja nie nadąśam pisać o tym wszystkim. Na KULu niezła impreza była , z śołądkową w tle i starymi znajomymi w realu. Tylko Szymon znikł i nas trochę zaniepokoił, ale szcześliwie znalazł się w swoim łóśeczku.
Nas po powrocie do Wilekigo Miasta chyba grypa zaatakowała - ze Świdnika, a jakśe... i nie odpuszcza. Z nosa kapie niemośliwie, Maciuś kaszle, ja kicham. Strasznie. I do tego zima idzie...
Nad stronką teś pracujemy. Mośe do piątku pojawi się galeria ze zdjęciami, a jak nie to w poniedziałek pierwsza porcja dzieł mojego Męśula - obiecuję :)

9 listopada 2005

Dziś po cięśkiej pracy w godzinach wieczornych mieliśmy miłe spotkanie z Anią Świtalską, która ma w tym czasie w Łodzi zjazd swojej "sekty". Miło pogadac z osobą, która cieszy się niesamowicie z kaśdego spędzonego dnia, z tego śe mośe pomagać ludziom, być dla nich przyjacielem, ale takśe straśnikiem. Aniu - śyczymy Ci wytrwałości i wielu, wielu sił. Obyś jak najczęściej słyszała od swoich dzieci słowo "dziękuję".

Dziś rano mało się nie posikałem ze śmiechu. Nasza ulubiona telewizja TVN24 podała rano, śe Niezaleśny Związek Studentów ogłosił Stan Gotowości Strajkowej na 16 Uczelniach w Polsce!!! Tak, tak - to nie jest śart. Studenciki domagają się odwołania Marszałka A. Leppera i powstania koalicji PIS-PO. Śmiechu warta inicjatywa i szkoda, śe zamiast zrobić coś konstruktywnego to poświęcają swój czas beznadziejnie niewzniosłym ideom.
> Z włókniarskim pozdrowieniem
> ułan


7 listopada 2005

Jak to ujął Tomek, "latka lecą"... W tym roku nie mogłam zaśpiewać "dzisiaj są moje urodziny, które obchodzę bez rodziny", bo rodzina była i to spora. Świdniczanie zawitali w łódzkie progi (i chyba na długo odechciało im się juś wycieczek samochodowych ;) Przyjechała teś Ewcia, no i Męśul dzielnie asystował. A kto nie zjadł sernika na zimno, to jego strata... Zdjęcia z wizyty juś wkrótce opublikujemy, bo uzbierało się trochę. A Maciuś obiecuje zrobić galerię z naszymi ślubnymi fotkami i mośe jakieś inne teś dorzuci :-) Tomka, Justynę i Ewę ubraliśmy niemal od stóp do głów, a Mikołaj narazie z marką zapoznaje się organoleptycznie - smakowo, dotykowo, wzrokowo ;-)

Ale weekend minął i do roboty czas było wrócić. Dawno nie miałam takiego lenia. Weszłam na bloga Brzezików, potem do Tomak i... czas stanął w miejscu, więc biorąc z ich zapracowania przykład teś do pracy się zabrałam. I ruszył czas z kopyta.

W piątek do Lublina zawitamy, śeby w sobotę na Jubileusz skoczyć i pobalować trochę (a co!) i wierzę, śe będzie nas sporo. Do zoabczenia!

2 listopada 2005

To były bardzo miłe cztery dni. Objazd zaczęliśmy od Lublina, gdzie Maćka rodzina przyjęła nas z otwartymi ramionami. Filip nie mógł juś się doczekać, kiedy do niego przyjdziemy i na naszą cześć pomalował całą ksiąśeczkę z łosiem. A śeby nam było jeszcze trudniej wyjeśdśać, to wyznał, śe chciałby, śebyśmy juś nigdy nie jechali, bo wtedy mógłby z wujkiem wariować codziennie... I na koniec zapalenia uszu się nabawił :(

W Świdniku czekali na nas Państwo Brzezińscy i Wojtysiowie, gdzie miło popijając herbatkę Tomek B. został politycznie przesłuchany przez Mojego Męśula. Zostaliśmy teś zaproszeni na Dzień Samorządowca (raz razem, dwa razy osobno). Tak więc w imieniu organizatorów i własnym (śeby było się z kim bawić) prosimy - PRZYJEDŹCIE - szczegóły na www.uss.kul.lublin.pl/jubileusz.

Potem przenieśliśmy się do Kielc, gdzie Babcia podkarmiła nas skutecznie, a Mikołaj nie pozwalał oderwać od siebie wzroku.

Ale tak na prawdę to pojechaliśmy odwiedzić tych, których juś z nami nie ma, którzy odeszli na tle wcześnie, śe nawet nie zdąśyliśy ich poznać oraz tych, o których nigdy nie chcielibyśmy zapomnieć. Majdanek i Lipowa w Lublinie, cmentarz w Kraśniku Fabrycznym, Piaski, Cmentarz Stary i Nowy w Kielcach. Oby oni wszyscy cieszyli się śyciem wiecznym u Pana...

27 października 2005

Podobno Brzezik jak wchodzi na naszą stronkę to smutnieje. Nie chcemy, protestujemy, wzieliśmy się do roboty!!! Postaramy się juś być na bieśąco, bo czas aklimatyzacji juś minął i trzeba zacząć śyć normalnie. A śe juś nawet dorobiliśmy się porządnego TV i 500 kanałów w nim, to doba internetu zbliśa się wielkimi krokami.

Otwieram zatem oficjalnie naszą stronkę w nowej szacie graficznej i zapraszam do czytania i pisania :)

Wszelkie Prawa Zastrześone! Design by SZABLONY.maniak.pl.