Wczoraj Mania przyjmowała, w pełnym tego słowo znaczeniu, gości z dalekiego Lublina. Gości nie byle jakich, bo przyjechali Babcia, Dziadziuś, Ciocia i Wujek. Wreszcie miał kto nosić, tulić, rozmawiać, trzymać… Nie trzeba było leżeć w łóżeczku. Córcia była wniebowzięta. Czy goście też – nie protestowali, więc chyba też im to odpowiadało. Oczywiście przerwy na jedzenie i krótkie drzemki się zdarzyły, ale przyjęto to ze zrozumieniem. Jeszcze raz bardzo dziękujemy – za wizytę, prezenty, przemiły czas.
Smoczek to długi temat w niespełna 4 tygodniowym życiu Marii. Wszpitalu ssała bez problemu, co nie wywołało naszego entuzjazmu, zważywszy na plany karmieniowe. Ale rzeczywistość poszpitalna wymusiła na nas sprawdzenie, czy może nir jest to dobry pomysł… W domu szybko załapała jak się ssie bardziej naturalny materiał i wszelkie silikony i gumy poszły w odstawkę. Pierwszy smok – prezent bożonarodzenowy – raz, podstępem zassany. Nigdy więcej się nie udało. Drugi – zupełnie zignorowany. Trzeci, przysłany wprost z Wawy – przyjęty, ale… No właśnie – zamiast uspokajać i pomagać zasnąć, uciszał, dopóki nie wypadał z buzi, ale w ssanie Mania wkładała tyle energii i tak ją to absorbowało, że o ukojeniu i uśnięciu mowy nie było. Tym sposobem chwilowo zakończyliśmy próby…
A co z tragediami? Największa jest, jak trzeba czapkę włożyć. Nie ważne, czy po kąpieli, czy przed spacerem. Histeria taka, że cały blok wie, gdy czapa na głowie ląduje. W końcu to atrybut Wujka Tomka, a nie Mani… Druga, po kąpieli, jak trzeba pozwolić się wytrzeć, nasmarować i ubrać. Zawsze trwa to za długo. Za to mycie – istna przyjemność. Można Tacie prosto w oczy popatrzeć, posłuchać miłego plusku. Najczęściej jednak płacz jest, gdy Mama nie sipeszy się z karmieniem. Rączki jeszcze do buzi nie zawsze chcą trafić, ubranko też nie daje mleka i jak tu żyć/tyć/jeść?